piątek, 31 sierpnia 2012

Rozdział 1 -A co ty tu robisz?

Dziś wstałam wcześniej niż zwykle. Obudził mnie straszliwy ból w prawej nodze. Zerknęłam pod kołdrę. Wszędzie była krew.
-Jasna cholera!
Odrzuciłam przykrycie i zerknęłam na prawe kolano. Było całe i zdrowe. Chwyciłam je w zgięciu i poczułam jak coś mokrego i ciepłego wypływa mi między palcami. Biegiem sięgnęłam po koszulkę leżącą na podłodze i zawiązałam ją na nodze. Stanęłam na podłodze i poczułam ostry ból. Skąd to cholerstwo się wzięło? Powoli posuwając się w stronę łazienki analizowałam poprzedni wieczór. Czyżby to... Nie... Przecież nie... Łzy zalśniły mi w oczach. Cholerny dupek! Otarłam policzki i przysięgłam sobie, że dorwę Chada.

W łazience wzięłam szybki prysznic i opatrzyłam nogę. Ubrałam się i myjąc zęby uświadomiłam sobie, że matka wyjeżdża dziś w kolejną podróż. Nie, przepraszam. To się nazywa jakoś inaczej... Ach tak, w DELEGACJĘ. Jeśli się pośpieszę zdążę zejść do kuchni po coś do picia i wrócić na górę. Posprzątałam po sobie i wyszłam.

Z okna w korytarzu dostrzegłam Morgana. Chłopak z zapałem podlewał róże. Mimowolnie uśmiechnęłam się. Prawdziwy ogrodnik z powołania. Matka zatrudniła go na miejsce starego Jima, który ze względu na wiek nie był w stanie zająć się ogrodem. Z resztą. Morgan jest wnukiem Jima, a matka zna go od urodzenia. Gdy byliśmy mali zawsze bawiliśmy się razem. Jest starszy ode mnie o dwa lata, ale nigdy mu to nie przeszkadzało. Był dla mnie wzorem do naśladowania i otaczał mnie opieką jakiej nigdy nie zaznałam ze strony matki. Morgy był moim bratem, choć nic nas nie łączyło.
Przystanęłam na chwilę i gdy tylko spojrzał w okno pomachałam mu. Odmachał tak entuzjastycznie, że ochlapał się wodą. Parsknęłam śmiechem i pokuśtykałam na dół.

W kuchni Jana przygotowywała matce śniadanie.
-Dzień dobry Mel!-przywitała mnie.-Co tak wcześnie?
-Dzień dobry. Nie mogłam spać.
-Zjesz z mamą?-zapytała patrząc na mnie prosząco.
-Jana... Wiesz przecie...
-Jano proszę, żebyś zapakowała mi coś na podróż.-matka wparowała do kuchni.-O Jezu.-westchnęła na mój widok.
Mnie również miło jest cię widzieć, pomyślałam. Obeszłam stół i wyjęłam z szafki butelkę wody. Za wszelką cenę starałam się nie kuleć i nie okazywać oznak bólu.
-Melody, dostawię cie talerz.-zaproponowała Oksana wchodząc do spiżarni.
-Nie trzeba. Zjem później.-obróciłam się i skierowałam do drzwi.-Ach, Jano, nie kłopocz się. Zrobię sobie płatki.-dodałam posyłając kucharce uśmiech.
-Dziewczyno! Coś ty znów zrobiła?!-matka szarpnęła mnie za ramię.
-Nic.
-Nic?! W takim razie skąd ten bandaż?-prychnęła.
-Stłukłam wczoraj kolano.-mruknęłam nawet na nią nie patrząc.-Mogłabyś...?
-Czyżby?-szarpnęła mnie jeszcze raz.-Dlatego je zabandażowałaś?-jej głos ociekał złośliwością.
Wezbrał we mnie gniew. Niech zajmie się swoimi sprawami. Wyrwałam ramię z jej uścisku i spojrzałam jej w oczy.
-Co ciebie to obchodzi? Zajmij się swoimi sprawami.-wycedziłam przez zaciśnięte żeby.-A mnie-zrobiłam krótką pauzę-daj święty spokój.-dokończyłam dobitnie.-Ach, jeszcze jedno.-zatrzymałam się w pół kroku i spojrzałam jej odważnie w oczy, które pociemniały jej z gniewu..-Nie zgrywaj przed ludźmi kochającej i troskliwej matki, bo najzwyczajniej w świecie ci to nie wychodzi.Ośmieszasz się.-syknęłam i wyszłam.
Zadowolona z siebie ruszyłam po schodach. Każdy krok powodował piekielny ból. Matka wykrzykiwała pod moim adresem jakieś obelgi, zakazy i groźby. Jeszcze kawałeczek. Ostatnie metry. Dotknęłam palcami klamki i czując pod palcami chłodny metal odetchnęłam. Weszłam i zamknęłam drzwi na klucz. Zasłoniłam okna pogrążając sypialnię w mroku. Padłam na łóżko i zacisnęłam dłonie w pięści. Noga bolała coraz bardziej, a rana pulsowała.
-Mam dość.-szepnęłam i zamknęłam oczy.

Kilka minut później usłyszałam ciche pukanie do drzwi.
-Mel? Wszystko gra?
-Morgan?-zdziwiłam się.
-Mel, otwórz drzwi.
-Jasne.-mruknęłam i zwlekłam się z łóżka.
Doczłapałam do wejścia, przekręciłam klucz i uchyliłam je na kilka centymetrów.
-Tak?
-Mogę?
-Ym,-spojrzałam na kolano-wiesz, jestem trochę niewyspana...
-Melody, daj spokój. Wiem co jest grane. Wszystko słyszałem. Mogę?
-Wejdź.-westchnęłam i odsunęłam się.
Morgan powoli wsunął się do pokoju. Zamknęłam za nim drzwi i kulejąc podeszłam do toaletki i zaczęłam rozczesywać włosy.
-Melody, co się stało? Znów to robisz?-zapytał cicho.
Zamarłam ze szczotką uniesioną w górze.
-Co robię?
-Znów się... okaleczasz?-dokończył.
Odwróciłam się w jego stronę.
-Nie.-warknęłam.-Nie okaleczam się. Bawisz się w moją matkę?
-Skądże Mel! Martwię się o ciebie...
-Niepotrzebnie.-ucięłam i nagle poczułam, że natychmiast muszę wyjść.-Morgy, przepraszam. Muszę wyjść. Teraz.-dodałam z naciskiem.
-Jasne.-podniósł się z krzesła.-Pójdę już. Żywopłot czeka. Ale gdyby coś, to wiesz gdzie mnie znaleźć.
-Wiem. Dzięki.-podeszłam i przytuliłam go.-Pozdrów Ruby.
-Okey.-uśmiechnął się i wyszedł.
Musiałam przemyśleć kilka spraw. Czemu znów dzieje się to samo? Czemu ten koszmar wraca? Rzuciłam szczotkę na łóżko. Chwyciłam kluczyki i pudełko zapałek i zeszłam do garażu.

Pierwszy raz podziękowałam Bogu za automatyczną skrzynię biegów w moim BMW. Ruszyłam w stronę West Hills. Włączyłam radio żeby nie jechać w takiej głuchej ciszy. Z głośników popłynęła jakaś smętna piosenka. Boże, proszę, chociaż bez takich.
Wjechałam na parking przed parkiem i wyłączyłam silnik. Oparłam czoło o kierownicę i zamknęłam oczy.
-Pieprzony świat.-mruknęłam i odpięłam pas.
Wysiadłam i zamknęłam samochód. Ruszyłam do mojego miejsca nad Blue River.

Ostatnie stopnie i już będę w najrzadziej odwiedzanej części parku. A potem tylko kawałeczek i za starym amfiteatrem zejście w dół. Od małego przesiadywałam tam gdy było mi źle. Powoli zsunęłam się po żwirku, żeby przejść przez dziurę w murze. Skupiłam się na stawianiu ostrożnie stóp, żeby się nie przewrócić.

-Ałaa...-jęknęłam przeciągle gdy tylko przeniosłam ciężar ciała na prawą nogę.
Przekładając lewą nogę usłyszałam chrzęst żwiru. Podniosłam raptownie głowę, zapominając o tym, że stoję na niesprawnej nodze i poleciałam w dół modląc się o delikatny upadek. Ktoś jednak złapał mnie za ramiona i podtrzymał.
-Nic ci nie jest?-ciepły, miękki, głęboki męski głos i piękny uśmiech zamigotały mi w umyśle.
Przywrócił mi właściwą postawę, a ja odsunęłam się raptownie i aż usiadłam na murku.
-A co ty tu robisz?
Uśmiech zgasł.
-Myślę.-mruknął i odsunął się ode mnie.
Wcisnął ręce głęboko w kieszenie spodni i opuścił głowę. Stanęłam na nogi i chciałam ruszyć dalej, usiąść na moim stałym miejscu i wyciągnąć mój skarb. Ledwie zrobiłam krok zaklęłam z bólu.
-Pomóc ci?-zapytał.
-Nie.-rzuciłam i śmiało ruszyłam naprzód.
Kiedy wreszcie dotarłam do wyznaczonego punktu ciężko opadłam na piach.
-Jestem Harry!-krzyknął.
-A ja Hermiona!-odkrzyknęłam.-Możesz już iść?!
-Może innym razem będziesz miała lepszy humor! Do zobaczenia!
-Nie będzie innego razu.-westchnęłam i zamknęłam oczy.

Odczekałam chwilę aż jego kroki ucichły. Usiadłam i wsunęłam rękę do kieszeni spodenek. Była tam. Wyciągnęłam pudełko od zapałek. Powoli wysunęłam szufladkę i wyjęłam z niej pobłyskującą srebrem żyletkę. Boże, jak dawno tego nie robiłam. Już niemal zapomniałam jak jej użyć! Przyłożyłam ostrze do skóry na nadgarstku i mocno docisnęłam. Popłynęła krew. Przesunęłam ją tworząc głębokie rozcięcie. Czerwona ciesz popłynęła cienkim strumyczkiem. Spływała w dół, kapała na udo i piach. Pomyślałam o Chadzie. Ty cholerny gnoju. Znów rozcięłam skórę. I znów popłynęła krew. Tak właśnie radziłam sobie z problemami. Kolejne cięcie i następne. Cholera, coś szło nie tak. Było zbyt dużo krwi. Ale mnie to nie zaniepokoiło. Liczyło się tylko uporanie z kłopotem. Cięłam dalej. Coraz szybciej. W końcu wszystko pociemniało i zaczęło się zamazywać. Świat wirował, a ja czułam się dobrze.

*********************************************************************************
No witam dziewczynki ! Jak się podoba? Pierwszy zwyczajowo-gniot. No bo czymś trzeba zacząć. Później może będzie lepiej ;p A to taki prezent ode mnie na dzień bloga i ostatnie minuty wakacji ;] więc kochane moje. Teraz poproszę, żeby w komentarzach pod tym rozdziałem pojawiły się także linki do waszych witrynek ;] i zachęcam was do odwiedzania blogów innych czytelniczek ;] idea dzisiejszego dnia trochę się nam rozszerzy, bo 5ciu wybrać nie potrafiłabym, gdyż znam zbyt wiele znakomitych opowiadań ;] także zapraszam was baaardzo serdecznie do komentowania i zostawiania adresów. Buziaczki :* Lex :*