niedziela, 9 września 2012

Rozdział 2 - Jesteśmy piękni, młodzi, sławni i niezależni.

Słowa Fel zabolały mocniej niż się spodziewałem.

-Zdradzasz mnie!-wrzasnęła wbiegając do mojego pokoju.
Usiadłem i ze zdziwieniem wpatrywałem się w tę drobną blondynkę.
-Jak możesz?!
-Co mogę? Fel, opanuj się.-westchnąłem.
-Ja mam się opanować?! Ja?! Ty sobie chyba żartujesz! Przecież to nie mnie Sue widziała wczoraj z jakąś panną w klubie! Nie ja się z nią obściskiwałam po kątach!
Zamknąłem oczy.
-Felcy, ja mam już dość tych scen zazdrości.-otworzyłem oczy i spojrzałem na nią.-I dosyć oskarżeń.
-Jesteś żałosny.-prychnęła.
-Nie Fel, to ty jesteś śmieszna. Przecież od tygodnia nie ruszam się z domu, bo mam dość tego szumu wokół mnie. Pomyśl tylko, jak mógłbym cię zdradzić?-dodałem łagodnie.
Przez chwilę wpatrywała się we mnie, a potem od niechcenia rzuciła:
-Skoro tak... Normalnie Haz. Tak jak ja zdradzam ciebie. Harry, ja już cię nie kocham.
-Nie pleć głupstw Felcy.-podszedłem i położyłem jej dłonie na ramionach.
-Nie dotykaj mnie.-otrząsnęła się.-Harry, nie kocham cię.-powtórzyła dobitnie.-Zapomnij o nas. To już koniec.
Pocałowała mnie w policzek i wyszła.
-Fel...

Stałem jak posąg. Patrzyłem jak wybiega na podwórko i wsiada do jaguara zaparkowanego po drugiej stronie ulicy. Przecież to nie mógł być koniec.

Gdy leżałem na łóżku gapiąc się w sufit przyszła Gem.
-Spójrz na to.-rzuciła mi jakąś kopertę.-Przyszło na maila dziś rano.-mówiła gdy ja otwierałem list.-Z dopiskiem: Twój brat daje się puszczać kantem. Powodzenia. 
Kiedy cytowała treść wiadomości serce zaczęło mi walić jak oszalałe. W rękach trzymałem zdjęcia Felcy i Drake'a. Obejmowali się, całowali...
-To Felicity?-zapytała stając obok mnie.
-Ona ma na imię Felcy.-wydusiłem.
Gemma położyła mi dłoń na ramieniu.
-Harruś?
-Usiłowała mi wmówić, że ją zdradzam. Ja ją zdradzam...
-Braciszku...
-Gem, chciałbym zostać sam. Mogłabyś?-przymknąłem oczy i zgniotłem w dłoni zdjęcie.
Bez słowa wyszła i cichutko zamknęła drzwi.

Rozpłakałem się jak dziecko. Tyle czasu! Fel była dla mnie tak ważna. Planowaliśmy wspólną przyszłość. I tak po 4 latach... Zostawiła mnie na lodzie... Dla tego kolesia... Och Felcy...

Gdy tydzień później rozpamiętywałem to wszystko w cichym miejscu w parku do którego trafiłem przypadkiem, zjawiła się ona. Ciemne włosy sięgające prawie do pasa, brzoskwiniowa cera i bandaż na kolanie. Kiedy patrzyłem jak przechodzi przez mur poczułem się zobowiązany jej pomóc. Cicho wstałem i podszedłem do niej. Wystraszyłem ją. Kilka sekund później, gdy spojrzałem w jej oczy, wychwyciłem w nich strach i ból. Boże. Męczył mnie ten obraz. Jasnoszare oczy wpatrzone w moje przez krótką chwilę nim odwróciła wzrok.
Potem starała się zachować dystans. Nie dawała się do siebie zbliżyć, więc dałem jej spokój. Nie miałem ochoty na takie podchody. Wycofałem się z myślą, że chciałbym ją kiedyś poznać.

Wsiadłem do samochodu i sięgnąłem do kieszeni bluzy, ale natrafiłem na koszulkę. No tak, rozebrałem się i położyłem ją na trawie. Cholera. Nie chciałem przeszkadzać tamtej dziewczynie, ale ubranie musiałem odzyskać. Wyskoczyłem z auta i ruszyłem nad rzeczkę.

Przy murku zatrzymałem się widząc ją leżącą na piachu. Nie chciałem być niegrzeczny więc zawołałem:
-Hej, zostawiłem bluzę! Zabiorę ją i zmykam!
Nie odpowiedziała. Przeskoczyłem przez mur, zgarnąłem bluzę i zerknąłem w jej stronę. Coś błysnęło w trawie tuż obok jej dłoni.
-Hm, coś ci chyba wypadło.-rzuciłem.
Nie poruszyła się. Zrobiłem kilka kroków w jej stronę i zobaczyłem na piachu czerwone plamy.
-Jasna cholera!
Przypadłem do niej i spojrzałem na jej rękę.
-Dziewczyno, coś ty zrobiła!-krzyknąłem i zacząłem zawiązywać na jej nadgarstku rękaw mojej bluzy.-Hej, słyszysz mnie?!-poklepałem ją po policzkach.
Posadziłem ją między moimi nogami i oparłem jej plecy na moim torsie. Zacząłem gorączkowo myśleć co zrobić. Dziewczyna drgnęła i jęknęła.
-Otwórz oczy.-poprosiłem ściskając jej ramię.
-Daj mi spokój.-wyjęczała z trudem.
-Musisz otworzyć oczy. Spójrz na mnie.-nakazałem stanowczo.
-Odejdź.-wycharczała.
-Ani mi się śni.
Wyciągnąłem telefon i wybrałem numer alarmowy.

Kiedy sanitariusze wkładali nosze z dziewczyną do karetki policjanci zadawali mi setki pytań.
-Oficerze, powtarzam po raz tysięczny. Nie znam jej.-rzuciłem zirytowany.
-Skąd pan wiedział, że dziewczyna tam będzie?-zapytał spokojnie.
-Już mówiłem. Byłem tam wcześniej i ją spotkałem. A wróciłem w tamto miejsce, bo zapomniałem zabrać bluzy.-westchnąłem.
Jeden z sanitariuszy podszedł do nas.
-Oficerze Starsky musimy jechać. Zabieramy ją do Świętej Glorii.
-Dziękuję. Już ruszamy.-odparł i zwrócił się do mnie.-Dziękuję, to by było na tyle.
-Mogę już iść?-zapytałem.
-Tak. Żegnam.
-Do widzenia.-mruknąłem i ruszyłem do samochodu.

Gdy dotarłem do domu opowiedziałem Lou o tym co się wydarzyło.
-Wiesz gdzie ją zawieźli?
-Do Świętej Glorii.
-To na co czekasz?-zapytał wgryzając się w marchewkę.
-Przecież nie mogę tam pojechać ot tak.-mruknąłem.
-Oczywiście, że możesz. Przecież to ty zadzwoniłeś po pomoc.
-Ale może ona nie chce mnie widzieć?-zacząłem.-Z resztą. I tak mi nic nie powiedzą. Wiesz przecież jak jest.-zrezygnowany opadłem na kanapę.
Louis podszedł i kucnął przede mną.
-Ależ Harruś. Pojadę z tobą, dobrze?
-Lou, daj spokój.
-Nie.-wstał i usiadł mi na kolanach.-Przecież widzę, że cię to męczy.

Oparłem czoło o jego ramię. Pogłaskał mnie po włosach.
-Lou?
-Tak Mały?
-Mogę cię o coś spytać?
-Przecież wiesz.-westchnął i nawinął na palec jeden z moich loków.
-Gdzie byłeś dziś rano?
-Pojechałem do El. Chciała porozmawiać.-chrząknął.
Spojrzałem na jego twarz. Był spięty.
-Boo? Stało się coś?-ścisnąłem jego dłoń.
-Rozstaliśmy się.-szepnął wypuszczając powietrze.
Zamurowało mnie.
-Jak to?-wypaliłem głupawo.
Lou i El byli dla mnie zawsze wzorem pięknej miłości-bez wyrzeczeń, bez kłótni.
-Miłość się wypaliła. El się wypaliła. Ja chyba też.-westchnął.-A jak z Fel? Dawno jej u nas nie było.
-Skądże. Była dziś rano.
-I jak? Było coś ten?-zapytał puszczając oczko.
-Owszem. Koniec nas. Znalazła kogoś innego.-rzuciłem.-Lepszego.-dodałem z goryczą.
Louis mnie przytulił.
-Wiesz co stary? Jesteśmy piękni, młodzi, sławni i niezależni. Czego chcieć więcej?-zapytał z uśmiechem.
-Szczerej, bezgranicznej i wiernej miłości?-strzeliłem.
-Ooo tak.-mruknął.
Wybuchnęliśmy niepohamowanym śmiechem.
-Chodź Haz. Jedźmy do tej dziewczyny.

*********************************************************************************
Witajcie moje drogie, cudowne, kochane panie ! Rozdział 2 jak widać nie koniecznie fajny. Ale obiecuję się rozkręcić. Powiem wam, że nie miałam nawet kiedy tu zajrzeć przez ten tydzień -.- W szkole tyle roboty już od wejścia. Koszmar. Mimo to postaram się dodawać w miarę regularnie, myślę, że raz na tydzień. Co wy na to? Buziaki :* i do nn-ki :*
Lex.